Nie człowiek, nadczłowiek?

Nie jestem osobą. Chodzę z wciągniętym brzuchem i nigdy bez makijażu. Kiedy wyskoczy mi pryszcz panikuję, a kiedy włosy nie chcą się ułożyć nie chcę nawet wyjść z domu. Obliczam w głowie stosowność ubrania bluzki z dekoltem. Mam milion szminek do okazji. Czuję się niewidzialna bez odpowiedniej oprawy wizualnej. Chodzę najczęściej w trampkach, bo chcę zostać wysłuchana. Ostatnio nie miałam tej okazji. Ktoś podobno się we mnie zakochał – duże słowo, gówno znaczy. Tylko nie zakochał się we mnie, bo nie jestem osobą. Ale do tego przejdę za moment. 

Przez długi czas – i dalej – wiele osób uświadamiało mi, że nie ma czegoś takiego jak bezwarunkowa miłość. Wymagano ode mnie wiele. Abym schudła, przytyła, poszła na studia – ale dobre, była wzorową uczennicą. Abym była zawsze pomocną dłonią, ale nigdy nie miała problemów. Abym chciała wyjść za mąż, abym chciała mieć dzieci. Abym nie kochała dziewczyny i tym bardziej się z nią nie kochała. Po prostu musiałam wpasować się w ramy, w których miałam spotkać tą odrobinę miłości i rzeczywiście ją znajdowałam. Jej odrobinę.

 

Jest pewien surrealistyczny obraz, który reprezentuje wieszak na którym wiszą różne maski. Teraz został przerobiony na różne memy i śmieszne obrazki w internecie, ale powstał już około sto lat temu. I ja codziennie korzystam z takich masek. Mam ich może tyle co par butów, może trzydzieści. Tylko, że ja nie mam twarzy. Bo nie jestem osobą. 

Nauczyłam się ciągle ulepszać w zamian za miłość i akceptację. Mówić to, co chcą usłyszeć, nie to co jest realne. Udawanie i ulepszanie się stało się moim życiem. Do tego stopnia, że w tym momencie sama siebie nie potrafię zaakceptować. Ale… jaką siebie? Przecież nie jestem osobą. 

 

Wracając do historii z zakochaniem się. Ktoś pierwszy raz od długiego czasu przypomniał mi jak to jest być statuetką. Czymś czym można się pochwalić. Tym co robi w życiu, tym jakie ma tatuaże, tym jak robi szpagat i zakłada nogę za głowę. I przez moment było to schlebiające. Jednak ja chciałam się otworzyć, pokazać całą siebie, nie tylko to o czym można opowiedzieć w kilku zdaniach. Gdyby tak było mogłabym mu równie dobrze dać swoje CV, żeby się w nim zakochał i robił sobie do niego dobrze przed spaniem. Kiedy zaczęłam mówić o tym co myślę lub czuję to kneblował mi usta pocałunkiem. Jakie to krzywdzące. Odpychałam go prosząc aby mnie wysłuchał. I słuchał. To co mu się podobało przyjmował, ale resztę kompletnie odrzucał. Jak złamać kogoś prawiąc mu same komplementy? Powinien napisać poradnik. 

Chciałam uwierzyć, że ktoś mnie pokochał i poczekać aż miłość przyjdzie do mnie. Przez moment miałam przebłysk, że może jestem człowiekiem i może w końcu ktoś mnie zaakceptował. Jednak po pewnym czasie uznałam, że jestem z gliny i każdy lepi sobie swoją wersję mnie. A ja jako że można mnie uformować, wpasowywałam się. Jeśli ktoś kiedyś bawił się gliną to wie, że uformowanie jej wymaga cierpliwości. Trzeba się nad tym namęczyć. Na początku glina stawia opór. Po pewnym czasie można z nią zrobić co się chce. Niekoniecznie wielkim wysiłkiem. 

 

Byłam gliną, a stałam się statuetką. Można się mną pochwalić i napluć żeby później wypolerować. Statuetki nie mówią, ale mają jedną wadę – mogą się łatwo stłuc. 

Kat, którego stworzyłam

Nigdy nie jesteś wystarczająco dobra. Psujesz wszystko, czego się dotkniesz. Nie zasługujesz na to, żeby ktokolwiek cię kochał czy nawet szanował. Zobacz ilu ludzi skrzywdziłaś. Zobacz ile szans zmarnowałaś. Zobacz ile masz lat i w jakim punkcie jesteś. Jesteś kompletnym wrakiem, huśtawką nastrojów, niczym więcej. Jesteś zbyt brzydka, jesteś zbyt gruba, aby ktokolwiek zwrócił na ciebie uwagę. Wyglądasz po prostu nieatrakcyjnie, wręcz ohydnie. Nie wiesz nic, nie wiadomo więc po co tyle mówisz. Jesteś impulsywna, lekkomyślna, robisz dwa kroki w przód, a później trzy kroki w tył. Niczego nie potrafisz zrobić dobrze. W sumie, gdyby ciebie zabrakło, nikt by pewnie nie zauważył. Jesteś albo zimną suką i dbasz tylko o swój interes, albo jesteś zbyt emocjonalna i wszystko wyolbrzymiasz. Przede wszystkim jesteś słaba i nieporadna. Nie zasługujesz na to, żeby dalej być na tej planecie.
Nie… moment, spójrz. Spójrz na te drobne dłonie w których dźwigałaś przez dwadzieścia cztery lata tyle bólu i cierpienia. Dłonie, które dotykały, głaskały i pomagały. Zaciskały pięści, biły, machały po pomoc. Wyglądają jakby miały zaraz się rozkruszyć, jednak dalej są z Tobą. Te ramiona, widzisz je? Ile obowiązków, trosk i smutku na nich było? Powinnaś się już dawno od tego przewrócić, upaść i leżeć pod ich ciężarem. Jednak Ty, stoisz prosto. Twoje wielkie, piękne, smutne oczy. Widziały tak wiele. Wypłakały morze łez, jednak dostrzegasz tą plamkę? Ona sprawia, że Twoje oczy dalej wyglądają jak najczystsze morze. Twoje usta,zaciśnięte od żalu i bólu, jednak dalej się uśmiechają, całują. Mówią pewnym głosem, kiedyś ściśniętym w gardle. Nogi, które odmawiały Ci posłuszeństwa teraz są silne i zdrowe. I wreszcie serce. To w którym trzymasz tyle miłości i empatii. Tak bardzo posiniaczone, posklejane z tego co zostało. Bije mocno, aby utrzymać to co już osiągnęłaś. Daje wszystkim jak najwięcej czułości, troski i uwagi. Czemu więc o nim zapominasz? Czy za mało miałaś w sobie bólu, żeby ciągle sobie go dodawać? Naprawdę dalej nie widzisz jak bardzo się zmieniłaś, ile osiągnęłaś? Ile przeszkód pokonałaś? Byłaś ciągle unieważniana, jednak masz w sobie tyle siły i doświadczenia, że teraz możesz więcej. Ile razy wiązałaś pętle na pasku, a jednak… dalej tu jesteś?
Chyba czas zmienić to jak do siebie mówimy.

Wszystko czego nie wiesz o Borderline Personality Disorder

Same słowo borderline jest tak źle nacechowane, że tylko niewielki procent terapeutów podejmuje się pracy z osobami zdiagnozowanymi z tym zaburzeniem.  Wpisując w Google, albo YouTube borderline możemy znaleźć filmy lub artykuły mówiące o tym, żeby unikać takich osób, bo związki z nimi są cholernie toksyczne. Pacjenci często mówią, że mogą mieć stwierdzone już wszystko, tylko nie osobowość z pogranicza. To wszystko kreuje obraz w społeczeństwie jak i u osób zaburzonych, że jest to jakaś patologia, której nikt nigdy nie zaakceptuje. A to powoduje u nas ‚borderów’ poczucie jeszcze większego odrzucenia i unieważnienia. No i właśnie o tym też warto wspomnieć.

HUŚTAWKA EMOCJI – nie tylko

Ludzie często kojarzą borderline tylko i wyłącznie z huśtawką emocjonalną. Prawda jest taka, że rzeczywiście postrzeganie świata może znacznie się u nas zmieniać i jest z reguły czarno-białe. To sprawia, że często porównuje się BPD(Borderline Personality Disorder) do CHAD’a czyli dwubiegunowości. Osoby z chorobą afektywną dwubiegunową miewają okresy manii i depresji, które nierzadko trwają po kilka miesięcy, każdy z osobna. Oczywiście są różne „podtypy” tej choroby, ale okresy te muszą trwać przez jakiś czas. U BPD takie zmiany nastroju mogą nastąpić kilkanaście, kilkadziesiąt razy w ciągu dnia. Problem na którym położyłabym palec i powiedziała, że ałć, tu mnie boli i mi się nie podoba jest taki, że po pierwsze wszyscy widzą jedynie jaki szkodliwy ma to wpływ na innych, a po drugie, że jest to jedyny objaw borderline. No nie, ale fajnie by było.

NIENAWIDZĘ CIĘ! NIE ODCHODŹ!

Świadomość tego, że ktoś może nas nie zaakceptować, nie podzielać naszych uczuć może sprawić, że wytworzy się u nas fobia społeczna lub lęk przed jakąkolwiek bliskością. Bardzo szybko angażujemy się w relacje i często szukamy atencji i kogoś kto potwierdzi naszą wartość. Chyba nic nie odda tego lepiej, jak urywek, który znalazłam ostatnio w swoim starym zeszycie.
„Nie umiem już w ludzi. Nie mogę balansować w równowadze, spadam zawsze w przepaść. Pomiędzy miłością, a nienawiścią jest tyle odcieni, a ja ich nie zauważam. Nie wiem na ile to wszystko co ludzie mówią jest prawdą. Wolę nie wierzyć, żeby się nie sparzyć. Wolę założyć zbroję rycerza, żeby się ochronić. Nie potrafię już zaufać, nie potrafię pokazać siebie. Wolę myśleć, że ludzie kłamią, manipulują. Nie czuję wtedy żadnej straty. Wystarczy jeden mały czuły ruch, a ja… przepadam. Ufam, otwieram swoje serducho i pozwalam, żeby z nim sobie igrano. I w sumie na tym polegają relacje, żeby po prostu się otworzyć. Nie kontrolować, a poznać. Uwielbiać i się sparzyć. Nie chcę już się spalać…”

PRZEPRASZAM, ŻE TO ZROBIŁAM, ZROBIĘ TO RAZ JESZCZE

Impulsywne zachowania nierzadko bywają również szkodliwe. Alkohol, używki, przygodny seks, szybka jazda samochodem to dość mocne przykłady, ale impulsy mogą dotyczyć też czegoś innego. Kiedy nie miałam nad nimi kontroli, potrafiłam słownie skrzywdzić bliskich w niewyobrażalny sposób. Było mi strasznie wstyd, przepraszałam, płakałam i nie wiedziałam skąd bierze się moje zachowanie. W sytuacjach kryzysowych bałam się sama siebie. Kiedy przychodziły nie byłam w stanie niczego kontrolować. Kiedy odchodziły, nie mogłam spojrzeć w lustro, a mimo to robiłam to znowu.

ZACHOWANIA PROBLEMOWE I ŚRODKI ZAPALNE

Nadal nieznana jest przyczyna tego skąd bierze się borderline. Fakt jest taki, że nasze mózgi są trochę inaczej skonstruowane niż u ludzi, którzy nie posiadają tego zaburzenia. Jednym z przypuszczeń jest twierdzenie, że borderline to nieleczone PTSD ( Post Traumatic Stress Disorder, czyli Zespół Stresu Pourazowego). Oznacza to nie mniej i nie więcej jak tyle, że jeśli przeżyliśmy jakąś traumę np. gwałt – będziemy panicznie bać się miejsc, sytuacji, tematów, które będą nam to przypominać. Są to tzw. środki zapalne, lub triggery, jak lubię je nazywać. Czasami ktoś może posiadać podobne oczy do oprawcy, miejsce, lub sytuacja w filmie może nam przypomnieć o traumie jaką przeżyliśmy. I wtedy może rozpocząć się piekło, które u mnie potrafi ciągnąć się od kilku dni do kilku tygodni. To samo może być z zachowaniami problemowymi. Jeśli myśleliśmy o samobójstwie i słyszymy od kogoś, że chce się zabić, może dla nas być to środek zapalny. Taki, który sprawi, że możemy pchnąć się do identycznych zachowań. Warto jest pamiętać o tym, rozmawiając lub przebywając z taką osobą. Borderline jest śmiertelnym zaburzeniem i mówię to absolutnie poważnie i nie wyolbrzymiam.

KIM JESTEŚ? NIKIM

Wyobraźmy sobie… Jednego dnia decydujemy, że chcemy z kimś być, planujemy wspólną przyszłość, a następnego nie możemy patrzeć na tą osobę i marzymy o samotnej podróży dookoła świata. Jednego dnia uwielbiamy swoją pracę, a następnego stwierdzamy, że to wcale nie jest droga którą chcemy iść. Taki stan rzeczy to codzienność, nie krótkotrwały stan. Ciężko jest znaleźć odcienie szarości, które by zdefiniowały kim naprawdę jesteśmy. Więc myślimy, że jesteśmy nikim. Wiecznie zawieszeni, przeskakujący z czarnego na białe.

STATYSTYKI SĄ BEZLITOSNE

Mówi się, że 10% osób z BPD umiera śmiercią samobójczą. Niestety, samobójstwo jest ucieczką od problemów, czasami jedynym wyjściem. Kiedy widzimy, że krzywdzimy innych, krzywdzimy siebie, mamy wieczne poczucie pustki oraz uczucie odrzucenia i braku akceptacji, nasze działania składają się z wiecznym impulsów to nie widzimy innego wyjścia…
Chciałam napisać to i spróbować nakreślić osobowość z pogranicza, jednak… każdy jest inny. Każda osoba jest inna, ma inne doświadczenia, inne jest jej otoczenie, ma inne problemy. Dlatego też zdecydowałam, że dodam tutaj coś, co napisałam będąc w jednym z najgorszych stanów. To MOJA walka z tym zaburzeniem. I mimo, że wtedy napisałam, że nie można tego wyleczyć, to teraz widzę, że funkcjonuję lepiej i tak trywialnie stwierdzając…. dalej chcę żyć i funkcjonować.
Kiedy ktoś na mnie patrzy, nie wiem co widzi. Kiedy ktoś mówi, abym była sobą, nie wiem do końca co to znaczy. Chciałabym wyjaśnić, że to że jeszcze żyję, to wcale nie jest cudowny dar. Chciałabym powiedzieć, że fakt, że jeszcze nie odebrałam sobie życia mówi o moim tchórzostwie. 
Czasami pojawia się nadzieja podczas myśli rezygnacyjnych albo samobójczych.  Promyk nadziei, że jeśli by mnie odratowali, to by wszyscy zobaczyli  jak bardzo cierpię.  Zobaczyliby że jestem złamaną duszyczką, rozsypanymi puzzlami, które trzeba złożyć. Wszyscy zmobilizowaliby się, aby mi pomóc wyjść z czarnych, smolistych myśli. A gdyby nie zrobili tego… pewnie spadłabym jeszcze niżej. Bo uznałabym, że jestem nikim. Bo nikt mi nie pomógł.
Witam w moim świecie. Świecie borderline.
Nie wiem co jest studnią smutku, a ogromem szczęścia. Nigdy nie mam dość jeśli chodzi o ulepszanie siebie i umniejszanie swoich zasług. Albo kogoś uwielbiam, albo nienawidzę. Czasami to wszystko zmienia się we mnie kilka razy dziennie. Tak, w jednej chwili mogę uważać, że jestem beznadziejnym kłębkiem depresji i nienawidzić wszystkich, a za 5 minut stwierdzić, że świat jest piękny i jak mogłam myśleć inaczej? Podobne scenariusze mają miejsce w mojej głowie kilka razy dziennie.
Czuję się inna niż wszyscy, bo tak jest. Myślę inaczej. Codziennie czuję strach, lęk, wstyd, niepewność, poczucie winy. Często kiedy border przechyla się na kolorową stronę tęczy to mam ochotę rzucić terapię, leki i inne pierdoły, bo po co? Już jest ok. Wystarczy wyjść z domu, a ja boję się każdego spojrzenia. I wszystko wraca od nowa.
Boję się odrzucenia, jestem impulsywna, często czuję się pusta w środku, kompletnie bez wartości. Często nie mam siły już sobie z tym radzić. To jest ogromne cierpienie.
Wiem, że ludzie czują się źle. Mają gorsze dni i inne. Nie mamy lekko, każdy biega po tabletki, każdy jest zmęczony, mówimy o burn out’cie, bezsenności, depresji etc. etc. etc…
Tylko Borderline to nie depresja. Można mieć bordera i depresję i nerwicę i bezsenność.
Nie ma na to leków. Jest terapia, która trwa latami. Można się nauczyć z tym żyć, ale nie można tego wyleczyć. Jest nadzieja, że się uda i są statystyki mówiące o tym jaki procent ludzi z osobowością chwiejną emocjonalnie umiera śmiercią samobójczą.
Nie chcę tego, oczywiście. Czasami czuję się jakby spadł na mnie wyrok. I boję się, a gdzieś podświadomie jestem nawet pewna, że moja śmierć nastąpi wtedy kiedy ja tak postanowię.

Patriarchalny oddech na kobiecym karku

Doszliśmy już tak daleko. Jesteśmy w stanie zrobić przeszczep głowy, komunikować się bez przeszkód w odległości tysięcy kilometrów, udowadniamy, że nie ma dla naszego gatunku, dla naszego pokolenia rzeczy niemożliwych. A jednak dalej, w głowach wielu mężczyzn i nie tylko (sic!) istnieje bardzo dziwny pogląd o roli  kobiety w związku. Który nie zmienił się od setek lat.
Ostatnio oglądałam ogłupiający program ( po francusku, więc zawsze to wymówka, że ćwiczę język ), który w sumie dał mi dość dużo do myślenia. Pewien Pan Jakitoniejestemzajebisty stwierdził, że nie mógł być ze swoją wcześniejszą partnerką, bo wieczorem nie gotowała mu obiadów i jedli same mrożonki. To był powód rozstania. Jego tłumaczenie: kobiety powinny przyznać się do tego, że są do tego stworzone i tyle. Żeby dbać o innych, o dom. W związku trzeba dawać coś od siebie.
Oh là là…
Gdzie ja jestem? Chyba ktoś wpakował mnie do maszyny przenoszącej w czasie. I po co nam były ruchy emancypacyjne, wszystkie te silne kobiety? Skoro prawa kobiety to nie dla wszystkich prawa człowieka. Czy kobieta nie ma prawa usiąść po pracy i mieć wyjebane ? Tak wyjebane, być wulgarna. Zając się SOBĄ. Simone de Beauvoir przewraca się w grobie.
Współczesny obraz kobiety nierzadko wygląda tak: zadbana, wysportowana mama dwójki dzieci, posiadająca dobrą posadę, idealna żona, piekąca nad ranem bułki, która żyje w domu urządzonym na styl minimalistyczno-skandynawski bez ani odrobiny kurzu ….. te kropki są po to, żeby sobie coś dopisać, coś ze swojej głowy. Wiem, że faceci dodaliby jakąś Azjatkę, nie mówcie mi nawet że nie.
Wracając do naszego inteligenta. Zapytany o to, co w takim razie ON ma do zaoferowania w związku, zaczął się głupio śmiać i nie miał nic do powiedzenia. W jego głowie, jego zajebistość jest tak wielka, że nawet jak przyjdzie śmierdzący do domu i włączy durny program, nawet jeśli musi rozpiąć spodnie, bo brzuch się zaczął wylewać to… i tak jest kurwa słonecznym bóstwem, któremu kobieta ma na czworaka zanieść obiad. W obcisłej bieliźnie z talerzem na plecach. I uśmiechem na twarzy.
NO BŁAGAM BO AŻ SIĘ WE MNIE GOTUJE.
Jak sobie kolega francuzik szuka takiej kobiety, to niech wróci do domu. Bo szuka bardziej nadskakującej mamusi. Kompleks Edypa, śmiem zaryzykować stwierdzenie.
Kiedyś przeczytałam zdanie, chyba w „Zwierciadle” i należy ono na pewno do Katarzyny Miller.
„Związek to powinna być relacja dwojga ludzi, którzy są sami sobie wystarczającymi jednostkami i spotykają się ze sobą z dobrej woli, a nie z przymusu.”
Było to już jakiś rok temu, więc nie wiem czy tego mocno nie przekręciłam, w każdym razie taki był sens. Albo ja taki sens z tego wyciągnęłam. Nie mniej, strasznie dało mi to do myślenia. Nie bądźmy ludźmi, którzy potrzebują kogoś do funkcjonowania w normalnych czynnościach. Bądźmy szczęśliwi i kompletni sami w sobie, na 100%. A w związku bądźmy na 200%.
Przeszliśmy tak wiele. W 1789 francuską po krwawej rewolucji otrzymaliśmy Deklarację Praw Człowieka i Obywatela gwarantującą poza wolnością i braterstwem, równość wszystkich ludzi. A ja… dalej czuję jakbyśmy patrzyli na świat tylko z męskiej perspektywy.
A więc powiedzmy to jeszcze raz, głośno i wyraźnie i przyjmijmy to jako rzecz naturalną. Traktujmy się jak ludzi, a nie jak stereotypy światopoglądowe.
Kobieta ma prawo do kształcenia się, i ma coś do powiedzenia.
Kobieta ma prawo do kierowania własnym życiem, dokonywania wyborów.
Kobieta ma prawo do decydowania o własnym ciele.
Kobieta nie musi mieć dzieci, bo nie ma wiszącego nad nią obowiązku.
Kobieta może umawiać się i spać z kim chce i nie –  nie jest wtedy dziwką. Wybaczcie, ale jest szerokie spektrum między dziwką, a dziewicą.
Kobieta ma prawo powiedzieć tak, a później powiedzieć nie.
Kobieta ma prawo przeklinać.
Kobieta ma prawo kochać i ma prawo przestać kochać.
Kobieta ma prawo się masturbować.
Kobieta ma prawo być sama i potrzebować być z kimś.
Kobieta jest indywidualnością.
Kobieta jest człowiekiem.
Szokujące? Dla niektórych może i tak. Liczni w swoich głowach wierzą, że tak rzeczywiście może być, ale w normalnym świecie … nah, nie funkcjonuje. Jednak jest to normalne, gdybym zamieniła słowo „kobieta” na „mężczyzna”.
Ciekawe jakby się czuli ci wszyscy super extra męscy samce alfa, gdyby to oni musieli walczyć o takie prawa dla siebie. Bo wydaje mi się, że mieliby na to za małe jaja. Na pewno mniejsze niż współczesne silne kobiety.
Nie, nie nienawidzę facetów. Tylko niestety, ich światopogląd, mentalny patriarchat, sprawił mi wiele krzywdy i przykrości. Wiele razy byłam postrzegana za debilkę tylko dlatego, że miałam obcasy, makijaż i po prostu…. byłam kobietą.
Wiem (przepraszam, wierzę),  że istnieją naprawdę wartościowi mężczyźni, którzy potrafią wchodzić w związki partnerskie  z kobietą. Dla nich wielkie brawa, robicie to dobrze. Dla reszty  – weźcie wreszcie sprawy we własne ręce i zastanówcie się nad świętym autorytetem mężczyzny, który tak bardzo wielbicie. Zróbcie jeszcze laskę Polańskiemu i będziecie błogosławieni w waszym kulcie mężczyzny.

Millenialsowe dating story

Tinder, netflix and chill, fwb. Słowa obcego pochodzenia, które nie wydają się być obce, prawda? Ogarnęły nami, tym jak funkcjonujemy, tym jak uciekamy przed emocjami. Jak uciekamy przed sobą.
Uzależniliśmy się od dopaminy, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Jesteśmy idealnym targetem, będąc nieświadomie nieprzytomni. Aplikacje randkowe pozwalają nam wybierać jak w sklepie. Facebook dostarcza ciągle nowych informacji. Już nawet za porno nie musimy płacić i każdy znajdzie coś dla siebie.  Szukamy nowych miejsc, nowych ludzi, nowych doznań. Ciężko jest ominąć imprezę i nie cierpieć na FOMO. Próbujemy sprawdzać, gdzie jest granica, kiedy jej przekroczenie stanie się niebezpieczne, bo to jest przyjemne. Skupiając się ciągle na nowych osobach, na nowych doznaniach nie musimy się przecież skupiać na sobie. Dlaczego nie korzystać skoro mamy taki wybór? Swipe left, swipe right. Dobrze wiesz o czym mówię. No i przecież wszyscy to robią, prawda?
Prawda. Wszyscy też robią to nie bez powodu. Lubimy mieć otwarte drzwi, po to aby poznawać więcej, dostarczać sobie więcej wrażeń. Szukamy tego czegoś, tego kogoś kto sprawi, że wszystko u nas się poskłada, bo poskładanie siebie wymaga zbyt dużo izolacji, zbyt dużo smutku, czasu i wysiłku. Jak to zrobić, kiedy ciągle coś nowego się dzieje? Jak to zrobić, kiedy wysiedzenie z sobą jednego wieczoru bez rozmowy, wiadomości od kogokolwiek wydaje się być koszmarem?
Relacje bez zobowiązań są bezpieczne i dają nadzieję, że nikt nas nie skrzywdzi. My też już nie chcemy krzywdzić, ani nie chcemy być krzywdzeni. Poliamoria staje się coraz bardziej powszechnym tematem, coraz więcej ludzi się z nią utożsamia. Takie relacje dają dużo przyjemności, a jako że nic sobie nie deklarujemy, możemy teoretycznie rozstać się wtedy, kiedy tylko zauważymy problemy. Emocjonalne problemy. A swoje emocje możemy tłumić spotykając się z kolejną osobą. Będąc wiecznie zajęci, jak to bardzo lubimy stwierdzać, mamy czas na nowych ludzi, ale nie mamy już siły żeby pracować nad sobą, nad związkiem. A to jest jedna z najtrudniejszych rzeczy jakie przyjdzie nam kiedykolwiek tworzyć.
Inwestowanie w interakcje wymaga od nas dowiedzenia się o sobie wielu rzeczy. Będąc połamani, nie możemy poskładać się w związku. Nie możemy traktować drugiej osoby jak przytulanki, zabawki i płakać kiedy ktoś nam ją odbierze. Jesteśmy dorośli, pamiętasz? Pamiętasz, ale nie wiesz co to znaczy. Za każdym razem gdy dzwoni nieznany numer to najpierw sprawdzasz go w internecie, żeby się upewnić, że możesz odebrać. Tak bardzo właśnie boimy się kontaktów z ludźmi. Tak mało jest teraz par z długoletnim stażem,że ludzie którzy są ze sobą pięć lat, wydają nam się być odludkami. Pytamy tylko z niedowierzaniem: „Jak wam to się udaje”?
michal-pechardo-502908-unsplash
Każdy szuka siebie. Latami. Wierząc, że gdzieś tam po świecie wędruje ta osoba, która sprawi, że wszystko będzie inaczej, sprawi że powiemy sobie „przy Tobie w końcu wiem kim jestem”. Ale wiesz co? Nie ma jej, jeśli dalej jej szukasz, to przykro mi, nie znajdziesz jej. Sami dla siebie powinniśmy być kotwicą. „Jeśli facet nie jest dla ciebie oparciem, to lepiej oprzyj się o ścianę.” O ścianę? A trzeba ciągle o coś, o kogoś? Co to za tendencja, żeby w interakcjach znajdywać spokój i stabilizację? Jeśli chcemy coś kontrolować, to na pewno nie ludzi, na pewno nie emocje. One zawsze stały pod znakiem zapytania. Nie potrafimy kontrolować siebie, a chcemy innych. Z resztą, co nam przyszło do głowy, żeby tak wszystko kontrolować? Naprawdę myślimy, że to coś zmieni, że mamy wpływ na zdarzenia i że dzięki temu będziemy szczęśliwsi? Jeśli chcemy być silni i niezależni to czas abyśmy wreszcie uprawomocnili swoją słabość. Uważasz, że dwie rzeczy nie mogą iść w parze? To powiem Ci, że te dwie rzeczy nie mogą bez siebie istnieć.
I tak właśnie będziemy narzekać na niezdecydowanie, emocjonalność, błędy i wady innych. Będziemy wybierać z ulicy, z imprezy to co akurat wpadnie nam w oko. I zauważać, że każda z tych osób – przepraszam – z tych posążków, ładnych figurek jest niezdecydowana, emocjonalna i ma błędy. I zauważymy może kiedyś, że tak właśnie ludzie są skonstruowani. Nie jako ładnie opakowany produkt na półce, ale jako coś idealnie nieperfekcyjnego. Jeśli chcemy umieć w ludzi, to powinniśmy to zauważyć. Jeśli nie, wróćmy do Tindera. Tak jest zawsze łatwiej.

Kociołek Panoramixa #2

Wracam do cyklu, dzisiaj jego druga część. Dobry film, dobra muzyka i dobre artykuły do poczytania. Idealne na najbliższy weekend.

→ Jeśli ktoś nie widział zwycięscy z Cannes z 2016 roku, to niech nadrabia i to szybko. Film, który rozkleił mnie całkowicie, skłonił do myślenia, i doprowadził do niekończącego się płaczu. Problem bezrobocia, zbyt szybkiego postępu i ludzie bez serca i empatii, ale także ci, którzy nie mając nic, dają wszystko. Film jest surowy,mocny ale też momentami zabawny. Odważny, kłótliwy Daniel Blake, to dla mnie nowy wzór człowieka do naśladowania.Ten film pozwala zrozumieć, że ludzie bez pracy nie piszą się na to, i ze życie może w nieprzewidywalny sposób skrzywdzić każdego z nas. 11/10.

 e475335e-0bfe-4baa-9dfc-00973618b73c_900x

→ Jestem oczarowana! Ten blog, to prawdziwe szczęście, felietony są naprawdę warte przeczytania, żadne opowiastki o wszystkim i o niczym, a do tego – zdjęcia! Magia, polecam zanurzyć się w tym pięknym świecie.

→ Ostatnio strasznie polubiłam muzykę wykonywaną w różnych niecodziennych ( dziwnych? ) językach. Co powiecie na niderlandzki rap albo litewskie electro? Ja się w tym zapętliłam.


→Co gdybym wam powiedziała, że wszyscy rodzimy się biseksualni? Może to stwierdzenie jest dość kontrowersyjne, jednak już tłumaczę. Często, definiujemy się jako hetero, bo tak mówią nam bajki o książętach i księżniczkach. Być może trochę generalizuję, ale nierzadko łatka hetero, przyklejona już w dzieciństwie nie pozwala nam odczuwać jakichkolwiek uczuć do tej samej płci. Też miałam takie myśli. „Jak może podobać mi się dziewczyna? Przecież podobają mi się tylko chłopcy…” – takie myśli miałam w gimnazjum, później w liceum. Cały czas spychałam je na bok, bo po prostu nie chciałam żeby przerodziły się w rzeczywistość. Teraz, po prostu akceptuję to jak jest i nie robię z tego niczego strasznego. Jeśli ktoś zna francuski, polecam ten tekst

 →Ciekawy artykuł o tym jak NIE oszczędzamy i jak łatwo popadamy w stereotypy. Otóż, kobiety są od wydawania, ich ulubionym hobby są zakupy, a mężczyźni muszą na to ciężko harować. Tak jak wszystkie stereotypy tak i ten, jest po prostu bzdurną etykietką wrzucającą kobiety do jednego próżnego worka. Plus, warto zastanowić się nad tym czy nie wydajemy za dużo i czy nie powinniśmy zacząć oszczędzać. Artykuł na pewno polecam sama sobie…

→ Jesień w tym roku wyjątkowo źle na mnie działa. Zawsze się cieszyłam na nią jak głupia, a teraz? Chcę wrócić do lipca i spędzić jeszcze raz cudowne wakacje.

 

Koniec z dobrościami na dziś, miłego przeglądania!

8 prawd życiowych, których nauczyłam się na terapii

Moja terapia trwała chyba pięć miesięcy. Nie pamiętam kiedy się zaczęła, bo byłam wtedy w takim stanie, że nie miałam pojęcia który jest dzień tygodnia, miesiąc czy pora roku. Za hajs, który poszedł na leczenie, mogłabym sobie kupić dużo fajnych pierdół. A może nic, bo mnie by tutaj nie było. Chciałam już dawno napisać to, czego nauczyłam się na terapii i chyba przyszedł na to dobry moment. Oto wspaniała ósemka oczywistych oczywistości z których w końcu zdaję sobie sprawę.

1. Nie jestem ideałem.

I nie muszę być. W swojej głowie miałam swój utopijny, przerysowany i nierzeczywisty obraz. Zawsze. I… nigdy nie miałam czasu na jego realizację. Stwierdziłam kiedyś, że gdybym poznała kogoś tak idealnego to… nawet nie chciałabym z nim porozmawiać. Jednak nie pozwalałam sobie nawet na najmniejszy błąd. Kiedy zrozumiałam, że nie jestem i nie muszę być perfekcyjna, wszystko stało się nagle łatwiejsze. Zniknęły te wszystkie nakazy, a ja przestałam być dla siebie katem. Mam prawo do błędów. Perfekcyjne życie byłoby nudne. I na pewno nie powstało by tyle fajnych dramatów.

2. Cisza jest dobra.

Kiedyś czując się niekomfortowo w jakichś sytuacjach, uważałam, że mam jakieś braki. Jestem za gruba, za głupia, za sztywna, za nudna etc. Nie pozwalając sobie na przerwy, cały czas siebie ulepszałam, bez możliwości zastanowienia się… po co? Cele często się zmieniają.  Jeśli jakieś sytuacje nas męczą trzeba pozwolić sobie na wyciszenie i pogadanie ze sobą. Żeby nie marnować czasu na brnięcie w bagno, po prostu. Zastanowić się nad wartościami i tym, czego tak naprawdę my pragniemy. Tylko w ciszy można usłyszeć myśli.
Cisza dotyczy także związków, różnych sytuacji życiowych. Czasami warto pomilczeć, zamiast zagłuszać. Czasami lepiej jak nic się nie dzieje niż jak na siłę staramy się, aby działo się cokolwiek.

3. Nie jestem robotem.

A nawet gdybym była to bym i tak musiała się od czasu do czasu podładować. Nie można ciągle się eksploatować. Z pustej miski się nie najesz. Takie wycieńczenie najbardziej się odbija na jakiejkolwiek twórczości. Dziki pęd zabija kreatywność. Jeśli narzucę sobie, że piszę 4 godziny dziennie, to nie starczy mi czasu na czytanie, odpoczynek, szukanie inspiracji. To o czym miałabym pisać? Najciekawsze pomysły rodzą się w błądzącym umyśle. Słucham muzyki, jadę autobusem i jestem w teledysku. I wpada mi pomysł na tekst. A to jest moment, kiedy nie robię tak naprawdę NIC produktywnego. Paradoksalnie potrzebny bardziej niż dziki zapierdol.

4.  Intuicja jest twoim przyjacielem.

Jeśli mamy wybrać jakąś decyzję to musimy kierować się serduchem, a nie zyskami, stratami. Trochę to nawet nudne i strasznie tchórzliwe. Czasami warto coś stracić, żeby zyskać coś nowego. Czasami bilans zysków i strat nie jest najlepszym wyjściem. Jeśli serce czegoś się domaga, to zrobi wszystko żeby to mieć. Albo wykończy cię psychicznie i emocjonalnie.

5. Inni mogą mieć wyobrażenia na mój temat. To są ICH wyobrażenia.

Nie muszę sprostać temu, że babcia chce, żebym studiowała medycynę, mama żebym zrobiła doktorat, ktoś tam żebym nie przeklinała, ciocia żebym wierzyła, albo chociaż nawróciła się na siusiaki. Gdybym miała brać do siebie wszystko to, czego oczekują ode mnie inni, musiałabym się sklonować. Nie ogarnęłabym tego sama. Super, że każdy chce pokierować moim życiem. Ale to moje (sic!) życie. Zrobię jak chcę i poniosę tego konsekwencje jeśli będzie trzeba. I nikomu nic do tego.

6.  Nie obwiniaj babci, dziadka, wujka i innych dalszych czy bliższych krewnych. Gówno im do tego.

Ja wiem, tata był cały czas w pracy i nie poświęcał ci uwagi, mama za dużo krzyczała i nie zapisała cię na zajęcia taneczne, więc teraz hollywood dream już nie będzie come true. Zmarnowany talent, co robić, napijmy się wódki i się poużalajmy. Tacy jesteśmy zajebiści, ale nikt nie dał nam szansy. Nigdy nie jest za późno, mówią niektórzy, ale nie lubimy tego zdania. Lubimy obwiniać innych, a siebie określać jako pokrzywdzonych. Jeśli zrozumiemy te schematy, przez które jesteśmy tacy a nie inni, będziemy gotowi odpuścić. Nie wiesz o co chodzi? Ja ci nie powiem, ale terapeuta już tak.

7. Jeśli szukasz gotowych rozwiązań, to wyjdź.

Jeśli ktoś decyduje się iść na terapie, po to, aby posłuchać jakiejś mądrej Pani, której słowa nagle zmienią bieg jego życia to niech lepiej dorośnie i zejdzie na ziemię. To nie jest szybki kurs życia. Nie będzie fajnie, a jednorożce nie będą biegać po tęczy. To jest długi i bolesny kurs, który ma sprawić, że będziemy w stanie radzić sobie z naszym gównianym życiem. Nauczymy się o sobie dużo i jeśli zechcemy, przekłujemy teorię w praktykę. Jeśli nie będziemy bali się, że poboli. A poboli.

8. Wiem kim jestem

Wcześniej nie wiedziałam kim jestem, jak mam żyć i czy w ogóle mam żyć. Teraz czuję się dobrze z tym co wypowiadam i nie muszę zmieniać charakteru jak kameleon w zależności od osoby. Zdaję sobie sprawę ze swoich zalet i wad. I wreszcie naprawdę…. polubiłam siebie.
Tak dla jasności, dodaję zdjęcie które pochodzi z okresu gdzie myślałam o tym, żeby nie istnieć. Chciałabym, aby to pomogło zrozumieć depresję, a nie ją krytykować.
Zrobione przy użyciu Lumia Selfie
Czemu właśnie teraz piszę ten tekst? A nie świeżo po zakończeniu leczenia? Bo chyba sama go potrzebuję. Chyba sama zapomniałam co wyniosłam z terapii. Więc jak widać… to nie jest wiedza wpojona na całe życie. Czasami przychodzi czas na powtórki wyuczonego materiału.